where have you been?

31 01 2010

Taka chwila, kiedy znowu czujesz wolność. Oddaję się jej bez pamięci, byle się zatracić, poczuć znów to szczęście, ten brak skrępowania i brak ograniczeń. Tak niewiele tych chwil wokół nas i tak dobrze jest, gdy uda się je złapać. Znowu zapomnieć o wszystkim, znowu kręcić w kółko bez granic, żeby było dobrze.

Gdzie to się podziało? Gdzie zniknęły na ten długi czas te momenty, kiedy nie czułam, że coś mnie przygniata, kiedy mogłam oddychać pełną piersią i już się nie martwić? Tak spoważnieliśmy, tacy jesteśmy dorośli, już tacy DUZI, że nie mamy czasu pomyśleć, jak dobrze było nam, kiedy mieliśmy wszystko gdzieś.

Jeszcze raz, szeroko ramiona i łapmy każdą sekundę, każdy najmniejszy moment, tego nie wolno nam stracić. Choć również nie wolno nam tego mieć. Tak dużo tu zakazów i nakazów, nie warto dotrzymywać wszystkich. To przecież tylko chwile. Nie wypada się nimi NIE cieszyć. One są po to, żeby dodać nam barw, żebyśmy nie czuli się tacy szarzy, tacy zwyczajni.

Nienawidzę być zwyczajna. WTEDY nie czułam się zwyczajna.

;)

ohh, dear johny, ty to najlepiej wiesz.

takie jedno, małe światełko nadziei ?





Slowly, i’m loosing your face

26 01 2010

Kiedy niewiele ponad sześć miesięcy temu machałam do niego z okna pociągu, nie spodziewałam się, że już nigdy więcej go nie zobaczę. Wszak widywaliśmy się rzadko, obaj bracia ojca mieszkali na drugim końcu polski, nad morzem. Teraz już żaden z nich tam nie mieszka, a tato został sam. Właśnie dziś nad morzem przestał żyć ostatni z jego braci.

Kiedy nie odebrałam telefonu wiedząc, że to on dzwoni, nie pomyślałam, że to mogła być moja ostatnia rozmowa z nim, a teraz czuję wyrzuty sumienia, że mogło nie chcieć mi się z nim rozmawiać. Kiedy – odkąd dowiedzieliśmy się, że jest chory – modliłam się za niego co noc, byłam tak pełna wiary, że uda mi się wyżebrać u Boga cud, że teraz, gdy czar prysł cała moja niezłomna wiara zostaje nie tyle złamana, co raczej roztrzaskana na miliony maleńkich atomów. Bo gdyby świat był sprawiedliwy, dałby mu jeszcze trochę czasu.

Kiedy pomyślę o tym ilu ludzi teraz płacze, nie mam sił. Nie mogę nawet im powiedzieć, że tak jest lepiej, bo był już zmęczony i potrzebował ukojenia. To bzdura. Ledwie wczoraj chciał wyjść z łóżka. Nie mógł już znieść szpitala. Chciał wrócić do normalnego życia, z którym rozstał się głupie dwa tygodnie wcześniej.

Bo dwa tygodnie wystarczą, żeby czyjś świat zamienił się w piekło, a czyjś zupełnie znikł.

Śmierć nie jest sprawiedliwa. Nie słucha żadnych wytłumaczeń, zgarnia, co jej kazali i idzie dalej. Świat nie jest sprawiedliwy. Dzieci tracą rodziców. Żony mężów. Dziś jeden z braci został już zupełnie sam.

W ciągu ostatnich dni tyle razy powtórzyłam, że to jeszcze nie Twój czas, że czekanego cudu byłam wręcz pewna. Bo niby dlaczego miałoby się nie udać? Przecież tak często się udaje. Więc włożyłam w to wszystko każdą cząstkę swojej wiary – uwierz mi!, by sprawić, że los znajdzie sobie lepszą zabawkę i zostawi Ci Twoje życie. Ja na prawdę byłam pewna.

Więc dlaczego już Ciebie nie ma?

16:38 dnia dzisiejszego nie była dobrą minutą.





Loveshock

5 01 2010

Jest jedna rzecz, dla której warto rano otwierać oczy. Jest coś, co sprawia, że chcę się budzić i przeżywać kolejny dzień. Coś, dzięki czemu funkcjonuję nawet w najtrudniejsze dni, bez czego nie mogłabym już żyć, co stanowi cały sens mojego świata, cały sens mnie.

To uczucie, kiedy wiem, że choćby nie było już nikogo, to TY będziesz. Kiedy czuję Twój dotyk, słyszę Twój głos i wiem, że chciałabym tak trwać już  do końca. Ta pewność, że nie ma się czego bać, że wszystko jest na swoim miejscu, że nic nas nie zaskoczy, i już wiem, że świat przybrał idealny kształt, że to właśnie TAK ma wyglądać na prawdę.

W najśmielszych snach nie marzyłam, że Cię znajdę. Że dostanę od życia taki prezent. Bezcenny, pon wszelkimi wartościami.

Nie pozwól bym kiedyś przestała to czuć. Nie pozwól stracić mi pewności. Nie odbieraj mi swoich dłoni, swojego głosu, nie znikaj. Gdyby tylko dało być się jeszcze bliżej, wiedzieć o sobie więcej, chcieć siebie mocniej.. Tak wiele Cię mam, a jeszcze więcej potrzebuję. Tak często Cię widzę, a jeszcze częściej tęsknię. Gdybyś tylko mógł, proszę, kochaj mnie zawsze tak samo, albo i mocniej. I nigdy nie przestawaj.

Ja nie przestanę.

Wszystkiego najlepszego, kochanie. Po raz pierwszy mówię to na prawdę. Chcę, żebyś miał wszystko, co najlepsze. I jeśli tylko będę w stanie Ci to dać – masz to u mnie jak w banku ;) Kocham Cię.





Christmas shock

19 12 2009

Spadł śnieg i jest zimno. Dużo dużo śniegu i bardzo, bardzo zimno. Ponarzekałabym na to chętnie, poklnęłabym na zmarznięte stopy i spóźniające się autobusy, normalnie zrobiłabym to wszystko. Ale za parę dni święta, już słyszę, jak pukają w moje okna, nad lustrem zamontowałam kolorowego bałwanka na patyku, z radości na widok śniegu dostałam gorączki, a w hołdzie dla mrozu umrę na katar.

Tak. Nastawmy się na plus, tak, ażeby trochę ogrzać atmosferę. Nie psujmy humoru ani sobie, ani nikomu dookoła. Wydajmy wszystkie pieniądze na piękne prezenty i dajmy je ukochanym, żeby potem móc się martwić, czy trafiliśmy. Wysprzątajmy domy i nagotujmy w cholerę jedzenia, żebyśmy mogli wstać 25-go i stwierdzić, że wigilijny zjazd rodzinny zmiótł nasz porządek z mapy wszechświata, a na dodatek poszło nam w uda. Podzielmy się opłatkiem, żeby jutro na nowo pokłócić się o Sylwestra. Zróbmy to i jeszcze więcej, albo lepiej połóżmy się na wznak i udawajmy, że nas nie ma, czekając, aż inni zrobią wszystko za nas.

Tak, to będą święta. To będą prawdziwe ŚWIĘTA. Bo już czuję ich zapach w powietrzu, już czuję, jak budzi się we mnie błogość, już słyszę wrzeszczącą mamę, bo jeszcze nic nie zrobione, nic nie gotowe, wszystko się sypie, ja się lenię, a tak mało czasu, o Boże! To będzie coś, już ja to wiem, nie może być inaczej.

Myślę, że ten obrzydliwy entuzjazm wyhodował się we mnie przez stan zakochania. ;)





Circle

22 11 2009

Wystarczy otworzyć stare zeszyty, żeby zauważyć, że życie nieustannie zatacza kręgi. I to wcale nieduże, natomiast wystarczające, byśmy przy powtórce z rozrywki już nie pamiętali, że kiedyś podobne zdarzenie miało miejsce. Dlatego popełniamy milion razy te same błędy. Dlatego tyle razy potykamy się w tym samym miejscu. Nieprawdą jest, że uczymy się doświadczając różnych sytuacji, bo żeby tak na prawdę zapamiętać nauczkę, którą dało nam życie, musielibyśmy każdą z nich wypisywać na nowej kartce i przyklejać w widocznym miejscu. W wieku dwudziestu lat wszystkie ściany naszych pokoi obwieszone byłyby takimi małymi, żółtymi przylepcami, na których nabazgrane byłyby najróżniejsze przestrogi. W końcu byłoby ich zbyt wiele, zaczęlibyśmy niektóre pomijać, co w rezultacie znów kończyłoby się popełnieniem tego samego błędu. Znów ten sam korzeń przez który upadamy, znowu postanowienie “zapamiętam”, a potem znów..

Wszystko się kręci. Ziemia się kręci, karuzele się kręcą, nawet bęben w pralce. Krew w naszych żyłach nieustannie krąży, tak i nasze życie nieprzerwanie będzie poruszać się okrężnie. Nigdy nie zawraca, ani się nie zatrzymuje. Nigdy też nie zwalnia, choć nie raz wydaje nam się, że może jednak. Kiedy wbrew naturze chcemy się zatrzymać – na złość jeszcze przyśpiesza. Czy chcemy, czy nie chcemy, w zgodzie czy wbrew naszej woli, wszystko biegnie sobie po specjalnie wytyczonej orbicie, jak maratończyk po wyznaczonej mu trasie, a jedyną szansą na to, by na chwilę przystanąć i odpocząć, jest ukończyć bieg, przekroczyć linię mety. Ale mety każdy się boi, bo jest końcem, a koniec nie oznacza dla nas nic dobrego. Więc mijamy ją szerokim łukiem i biegniemy od nowa, zamęczając samych siebie i w natłoku wrażeń zapominając co było wczoraj.

Szkoda, bo tak  łatwo się zgubić, nawet jeśli już nie pierwszy raz idzie się tą samą trasą.





Bullshit

7 11 2009

W Ameryce mają taką grę – Bullshit. Nie pamiętam na czym ona dokładnie polega, w każdym razie jeden z graczy coś mówi i jeśli inny odkryje, że ten kłamie, krzyczy “BULLSHIT!” Czyli zwykłe ‘gówno prawda’. I jak tak na to wszystko patrzę, to chyba cały czas gram w tę grę i właściwie nie wiem po co się wysilam w robienie czegokolwiek, wystarczyłoby nagrać i odtworzyć, wciskając replay jedno słowo: BULLSHIT.

Wszystkie wartości, obietnice, zobowiązania.. GÓWNO PRAWDA. Dobra, może z wyjątkiem mojego związku, bo o dziwo pierwszy raz w życiu coś idzie tak, jak powinno – i chwała Bogu, oby tak dalej. Ale cała reszta? To jedno, wielkie kłamstwo. WSZYSCY kłamią. Oczywiście, że ja nie jestem święta. Tak, też zdarza mi się kłamać, ale znaczenie ma to, w jakiej sprawie się kłamie. Bo wydaje mi się, że okłamywanie przyjaciół, na zasadzie wpajania im swojej wierności, a potem zdradzania ich, jest OGROMNYM GÓWNEM.  Nie wartym uwagi. Tylko jakoś, cholera, nie jestem w stanie odwrócić od tego swojej uwagi, bo to jest na prawdę frustrujące. ZBYT frustrujące, żeby być dojrzałym i być ponad tym.

‘Nie zrobiłabym tego, bo za wiele przyjaciółek już straciłam, żeby znowu ryzykować. I to tak bez powodu”

? BULLSHIT

EDIT:

Dużo się dzisiaj nauczyłam. Na przykład zrozumiałam prawdziwą istotę zdrady. A raczej kwestię jej nieprzebaczalności. Zawsze brałam to pod uwagę jako wyskok, w miłości czy przyjaźni, który przecież można by wybaczyć, zapomnieć i przejść nad tym do porządku dziennego. W końcu ludzie popełniają błędy. Natomiast dzisiaj doszło coś jeszcze. Zdrada to nie jest tylko sam czyn. To jest roześmianie się komuś w twarz, poniżenie go, pokazanie, że nic dla nas nie znaczy. To złamanie obietnicy, zdeptanie zaufania, kpina. Ktoś, zdradzając cię, pokazuje ci, że ma cię za frajera, że udało mu się ciebie wykiwać, oszukać, że jest górą, a ty dnem. To dlatego niewielu z nas potrafi wybaczyć zdradę. Bo trudno wybaczyć komuś, że skrajnie nas poniżył i wykpił.

Życie to gówno prawda. Przyjaciele i tego typu rzeczy – to w ogóle nie istnieje. Są BLISCY, są osoby GODNE zaufania, ok. Ale nic poza tym. Ludzie wymyślili sobie przyjaciół, żeby mieć nad czym płakać, jak przyjaciel da dupy. Przecież oni to tylko zwykli ludzie, są kłamliwi i słabi jak wszyscy, a my kładąc na nich słowo “przyjaciel” żądamy nadludzkiej wierności i szczerości, której uzyskanie jest po prostu w realnym świecie niemożliwe. To masochizm. Równie dobrze gwiazda mogłaby nazwać paparazzi swoim przyjacielem i poprosić o zrobienie jej nago zdjęcia, ale nie publikowanie go w gazecie, żeby następnego dnia móc sobie popłakać nad okładką brukowca, że została zdradzona. To wszystko to iluzja.





Music is my boyfriend

28 10 2009

Bez Niej nic nie byłoby pełne. Każdemu uczuciu brakowałoby szczerości, każdej chwili nastroju, każdemu miejscu uroku. Bez Niej życie straciłoby swój smak, swój sens, swoją istotę. Jest najważniejsza.

Kocham stać za sceną w ogóle nie czując tremy, aż do momentu kiedy ktoś powie mi, że mam wyjść. Uwielbiam ciężar mikrofonu w dłoni, bo dzięki niemu stoję na ziemi pewniej. Lubię kiedy nie umiem opanować własnego ciała, które trzęsie się, jakby samodzielnie myśląc – jakby się bało, że stanie mu się krzywda. Wspaniałe jest to, że schodzę ze sceny wmawiając sobie, że byłam do niczego, pamiętając każde nieczyste drżenie głosu i karcąc się za nie w myślach, bo gdy później raz po raz ktoś podchodzi do mnie z uśmiechem i chwali mnie – sprawia mi to po stokroć większą radość, niż gdybym uważała się za gwiazdę. Lubię nawet fakt, że nie jestem najlepsza, bo gdy zdarzy się, że ktoś opisze mój występ jako “najlepszy ze wszystkich”, zaczynam bardziej wierzyć w siebie.

Lubię stać na scenie i patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy tak mnie przerażają. Lubię obserwować reakcje widoczne na ich twarzach. Lubię, gdy z głośników dobiegają pierwsze dźwięki mojej piosenki i kiedy boję się, czy kiedy zacznę mój głos będzie mi posłuszny i czy nic nie zawalę. Uwielbiam tam być, mieć to, co mam, bo wtedy wiem, że jestem na swoim miejscu. Gdyby ktoś zapytałby mnie czy jest jakaś rzecz na świecie, bez której na pewno bym umarła – nie mam wątpliwości co do tego, że odpowiedziałabym:

MUZYKA.

Mogłabym stracić wszystko, tylko nie słuch i głos. Czym byłaby dwudziestominutowa podróż autobusem bez Niej, zagłuszającej gwar rozpoczynającego się dnia? Czy byłaby jakakolwiek podróż bez Muzyki? Potrzebuję soundtracku do życia. Każda ważna chwila, powinna zostać podparta dźwiękiem. W każdym wspomnieniu powinny przewijać się nuty. One wzmacniają pamięć. Mijają lata, niektóre zdarzenia po prostu zacierają się w biegu dnia, w milionach minionych chwil, ale czasami wystarczy kilka dźwięków, krótka melodia, żeby wszystko wróciło z najdrobniejszymi szczegółami. Okoliczności, uczucia, słowa, miejsca, nastrój.

Czym byłby ten nudny świat, gdyby nikt nie pokolorował go dźwiękami?





Lifeache

28 09 2009

Mój syndrom Mesjasza wreszcie znajduje ujście.

Moja patologiczna chęć ratowania całego świata przez ostatnich parę lat krzyczy do mnie, próbując mi uświadomić, że moje starania idą na nic i równie dobrze mogłabym spać, a skutek moich potencjalnie pomocnych działań byłby taki sam: żaden. Ale ja z jakiś, możliwe, że masochistycznych powodów nadal staram się pomóc, jeśli tylko mam okazję.

Dochodzi do takiego momentu, kiedy myślisz “spróbuję ostatni raz, potem to pieprzę”. Ostatni raz próbujesz w sumie około stu razy. Licząc, że każdy ostatni, będzie w końcu tym udanym. Bo jak można przestać zdrapywać zdrapki z loterii pieniężnej, jeśli nie masz stuprocentowej pewności, że za kolejną znów nic nie wygrasz? Lepiej stracić jeszcze trochę czasu i zdrapać następną, aby przekonać się, że to na nic, niż oddać ją koleżance i zobaczyć jak spod zdrapanego materiału wyłania się kwota dwóch milionów. A więc nie warto oddawać zdrapki, nie warto być konsekwentnym w próbowaniu “ostatni raz”. Nic nie równa się z chwilą, w której Twój setny ostatni raz, okazuje się być właśnie tym, w którym wygrywasz dwa miliony. Po raz kolejny robisz i mówisz to samo, ale lekkie zadrganie głosu sprawia, że akurat TYM RAZEM Twoje słowa mają znaczenie. I chociaż miałeś już nie próbować, wreszcie udało się uratować kawałek świata.I taki jeden raz wystarczy, żeby chciało Ci się przetrwać kolejnych sto nieudanych ostatnich razów.

Każdy z nas jest coś wart. Chociaż jest to pojecie względne, bo każdy widzi w nas inną wartość, jeszcze inną my sami. Z tą różnicą, że jeśli TY wiesz, że jesteś wart wiele, to ktoś może wpłynąć na Ciebie tak, że w to zwątpisz. Więc grunt, to wierzyć, nawet jeśli ktoś próbuje Ci wmówić, że jest inaczej. Siła polega nie na tym, żeby ze wszystkim radzić sobie samemu i udawać, że jest dobrze, ale na tym, żeby przyznać się do słabości i złapać dłoń tego, kto ją do Ciebie wyciąga, bo ma WIĘCEJ sił niż Ty.

..więc do dzieła, idziemy zmienić jeden, mały świat. Chociaż  czeka nas TYLE trudu i dwa razy tyle poświęceń, będziemy znów sto razy próbować ostatni raz, bo mimo wszystko wiemy, że warto.





Supergirl

24 09 2009

Z papierosem w ręku, (choć to pewnie zły pomysł, bo albo popiół spadnie mi na klawiaturę, albo prześmierdnie mi pokój), rozpaczam nad brakiem tuszu w drukarce. Ale poza tym jest super. Jestem w domu sama, mogę zrobić co chcę, wreszcie mogę odpocząć i być SAMA. Choć wolałabym, żebyś TY tu był, ale widać nie można mieć wszystkiego. Mogłabym teraz się upić jak świnia nalewką ojca, mogłabym chodzić nago po domu, mogłabym włączyć muzykę najgłośniej jak się da [jest], mogłabym cokolwiek. Czyli generalnie MOGĘ ODPOCZĄĆ, mogę odetchnąć od narzekań matki, od dźwięku meczu na dole, od wymagań, od robienia tego, na co nie mam ochoty.

Wydaje mi się, że mam jakiś pomysł, chociaż jeszcze nie wiem jaki. Coś mnie nastraja, o tak, znowu przyszło do mnie coś, co nie ma szans się pojawić w tej głupiej codzienności, która za bardzo przepchana jest niepotrzebnymi sprawami, traceniem czasu i zbędnym wypowiadaniem słów.

Od trzech miesięcy, no, prawie trzech, jest dobrze. Prawie trzy miesiące, a ja chcę Ciebie więcej i więcej i ciągle mam Cię za mało. To nie w moim stylu, nie tak zawsze było, więc nie do końca wiem co się dzieje. Zrobiłeś ze mną coś, co wcześniej nikomu się nie udało. Może to dlatego, że jesteś inny, NA PRAWDĘ inny, niż wszyscy. Może dlatego, że tak skutecznie utrudniasz mi bycie zmierzłą. Może dlatego, że tak okropnie mnie wkurzasz, kiedy jesteś wredny, a może dlatego, że niechcący się w Tobie zakochałam i gdyby przyszło mi teraz to wszystko odkręcić, szczerze wątpię, czy byłabym w stanie. Nie chcę zasypiać bez Ciebie, nie chcę się bez Ciebie budzić, bo to nie to samo. Najlepiej zasypia się, kiedy jesteś obok i nic nie równa się z tym, że kiedy się budzę pierwszym, co widzę, jesteś Ty. Ciągle jest mi Cię za mało. Chcę więcej.

Czasami myślę jakby to było, gdybyś jednak się rozmyślił i powiedział mi, że już nie chcesz. Próbuję sobie wyobrazić taką sytuację, to, co zrobiłabym w takim wypadku i.. nic nie przychodzi mi do głowy. Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, że mogłabym Cię nie mieć, że mogłoby być inaczej. Przez ten krótki czas tak bardzo przywykłam do tego, że jesteś, że chyba już nie umiałabym bez Ciebie. Więc póki możesz, jeśli mógłbyś to dla mnie zrobić – bądź. Bądź proszę bardzo blisko.





From the end to the beginnin’

9 09 2009

Jeden z lepszych dni w twoim życiu okazuje się nim być dopiero, kiedy się skończy. Więc warto mieć szeroko otwarte oczy nawet, jeśli już same się zamykają, a ramiona szeroko, nawet jeśli ręce opadają z braku sił.

Budzisz się, śpieszysz, gdzieś biegniesz, właściwie nie wiesz po co, nie rozumiesz sensu, ani celu, jednak robisz to każdego dnia, już od tak wielu lat, bo tak trzeba, tak po prostu jest. Ale pewnego dnia budzisz się, nie spodziewając się, że coś się zmieni. Gdzieś pędzisz, nie spodziewając się spotkania. Znów nad czymś myślisz, nie spodziewając się spełnienia marzenia, o którym nawet nie miałeś pojęcia.

Chociaż jeszcze nie tak dawno, cały świat stał na głowie, a wszystko było zupełnie na odwrót, niż być powinno i niż było dotąd, to teraz nagle dochodzi do olśnienia. OWSZEM jest zupełnie tak samo, ale parę tych małych, denerwujących dziur zostało zapełnionych. A to taka ulga, bo przecież odkąd się pojawiły, wiał przez nie tak totalnie zimny wiatr.

Jesteś Ty, chociaż w nigdy w życiu bym się nie spodziewała. I jest inaczej niż kiedykolwiek, nie rozumiem tego co się dzieje, bo wcześniej mnie to nie spotkało, to jest tak, tak jak powinno być.

I jest też nowy członek rodziny, choć wcale nie jest nowym. Choć przez siedemnaście lat nie miałam pojęcia o jego istnieniu, choć nawet nie powinien konkretnie mi być tak bardzo bliski, chociaż mogłam nigdy się o nim nie dowiedzieć, to teraz jest. Tak, teraz jesteś P. i będziesz z nami, czy to się komukolwiek podoba czy nie i obiecuję Ci, że zapomnisz o tych wszystkich latach, kiedy mogłeś odczuwać żal i brak, zapomnisz, bo już nigdy, ani przez chwilę nie pomyślisz, że Twoja przeszłość bez nas była czymś realnym. To był tylko zły sen! Obiecuję.