Christmas shock

19 12 2009

Spadł śnieg i jest zimno. Dużo dużo śniegu i bardzo, bardzo zimno. Ponarzekałabym na to chętnie, poklnęłabym na zmarznięte stopy i spóźniające się autobusy, normalnie zrobiłabym to wszystko. Ale za parę dni święta, już słyszę, jak pukają w moje okna, nad lustrem zamontowałam kolorowego bałwanka na patyku, z radości na widok śniegu dostałam gorączki, a w hołdzie dla mrozu umrę na katar.

Tak. Nastawmy się na plus, tak, ażeby trochę ogrzać atmosferę. Nie psujmy humoru ani sobie, ani nikomu dookoła. Wydajmy wszystkie pieniądze na piękne prezenty i dajmy je ukochanym, żeby potem móc się martwić, czy trafiliśmy. Wysprzątajmy domy i nagotujmy w cholerę jedzenia, żebyśmy mogli wstać 25-go i stwierdzić, że wigilijny zjazd rodzinny zmiótł nasz porządek z mapy wszechświata, a na dodatek poszło nam w uda. Podzielmy się opłatkiem, żeby jutro na nowo pokłócić się o Sylwestra. Zróbmy to i jeszcze więcej, albo lepiej połóżmy się na wznak i udawajmy, że nas nie ma, czekając, aż inni zrobią wszystko za nas.

Tak, to będą święta. To będą prawdziwe ŚWIĘTA. Bo już czuję ich zapach w powietrzu, już czuję, jak budzi się we mnie błogość, już słyszę wrzeszczącą mamę, bo jeszcze nic nie zrobione, nic nie gotowe, wszystko się sypie, ja się lenię, a tak mało czasu, o Boże! To będzie coś, już ja to wiem, nie może być inaczej.

Myślę, że ten obrzydliwy entuzjazm wyhodował się we mnie przez stan zakochania. ;)





Circle

22 11 2009

Wystarczy otworzyć stare zeszyty, żeby zauważyć, że życie nieustannie zatacza kręgi. I to wcale nieduże, natomiast wystarczające, byśmy przy powtórce z rozrywki już nie pamiętali, że kiedyś podobne zdarzenie miało miejsce. Dlatego popełniamy milion razy te same błędy. Dlatego tyle razy potykamy się w tym samym miejscu. Nieprawdą jest, że uczymy się doświadczając różnych sytuacji, bo żeby tak na prawdę zapamiętać nauczkę, którą dało nam życie, musielibyśmy każdą z nich wypisywać na nowej kartce i przyklejać w widocznym miejscu. W wieku dwudziestu lat wszystkie ściany naszych pokoi obwieszone byłyby takimi małymi, żółtymi przylepcami, na których nabazgrane byłyby najróżniejsze przestrogi. W końcu byłoby ich zbyt wiele, zaczęlibyśmy niektóre pomijać, co w rezultacie znów kończyłoby się popełnieniem tego samego błędu. Znów ten sam korzeń przez który upadamy, znowu postanowienie “zapamiętam”, a potem znów..

Wszystko się kręci. Ziemia się kręci, karuzele się kręcą, nawet bęben w pralce. Krew w naszych żyłach nieustannie krąży, tak i nasze życie nieprzerwanie będzie poruszać się okrężnie. Nigdy nie zawraca, ani się nie zatrzymuje. Nigdy też nie zwalnia, choć nie raz wydaje nam się, że może jednak. Kiedy wbrew naturze chcemy się zatrzymać – na złość jeszcze przyśpiesza. Czy chcemy, czy nie chcemy, w zgodzie czy wbrew naszej woli, wszystko biegnie sobie po specjalnie wytyczonej orbicie, jak maratończyk po wyznaczonej mu trasie, a jedyną szansą na to, by na chwilę przystanąć i odpocząć, jest ukończyć bieg, przekroczyć linię mety. Ale mety każdy się boi, bo jest końcem, a koniec nie oznacza dla nas nic dobrego. Więc mijamy ją szerokim łukiem i biegniemy od nowa, zamęczając samych siebie i w natłoku wrażeń zapominając co było wczoraj.

Szkoda, bo tak  łatwo się zgubić, nawet jeśli już nie pierwszy raz idzie się tą samą trasą.





Bullshit

7 11 2009

W Ameryce mają taką grę – Bullshit. Nie pamiętam na czym ona dokładnie polega, w każdym razie jeden z graczy coś mówi i jeśli inny odkryje, że ten kłamie, krzyczy “BULLSHIT!” Czyli zwykłe ‘gówno prawda’. I jak tak na to wszystko patrzę, to chyba cały czas gram w tę grę i właściwie nie wiem po co się wysilam w robienie czegokolwiek, wystarczyłoby nagrać i odtworzyć, wciskając replay jedno słowo: BULLSHIT.

Wszystkie wartości, obietnice, zobowiązania.. GÓWNO PRAWDA. Dobra, może z wyjątkiem mojego związku, bo o dziwo pierwszy raz w życiu coś idzie tak, jak powinno – i chwała Bogu, oby tak dalej. Ale cała reszta? To jedno, wielkie kłamstwo. WSZYSCY kłamią. Oczywiście, że ja nie jestem święta. Tak, też zdarza mi się kłamać, ale znaczenie ma to, w jakiej sprawie się kłamie. Bo wydaje mi się, że okłamywanie przyjaciół, na zasadzie wpajania im swojej wierności, a potem zdradzania ich, jest OGROMNYM GÓWNEM.  Nie wartym uwagi. Tylko jakoś, cholera, nie jestem w stanie odwrócić od tego swojej uwagi, bo to jest na prawdę frustrujące. ZBYT frustrujące, żeby być dojrzałym i być ponad tym.

‘Nie zrobiłabym tego, bo za wiele przyjaciółek już straciłam, żeby znowu ryzykować. I to tak bez powodu”

? BULLSHIT

EDIT:

Dużo się dzisiaj nauczyłam. Na przykład zrozumiałam prawdziwą istotę zdrady. A raczej kwestię jej nieprzebaczalności. Zawsze brałam to pod uwagę jako wyskok, w miłości czy przyjaźni, który przecież można by wybaczyć, zapomnieć i przejść nad tym do porządku dziennego. W końcu ludzie popełniają błędy. Natomiast dzisiaj doszło coś jeszcze. Zdrada to nie jest tylko sam czyn. To jest roześmianie się komuś w twarz, poniżenie go, pokazanie, że nic dla nas nie znaczy. To złamanie obietnicy, zdeptanie zaufania, kpina. Ktoś, zdradzając cię, pokazuje ci, że ma cię za frajera, że udało mu się ciebie wykiwać, oszukać, że jest górą, a ty dnem. To dlatego niewielu z nas potrafi wybaczyć zdradę. Bo trudno wybaczyć komuś, że skrajnie nas poniżył i wykpił.

Życie to gówno prawda. Przyjaciele i tego typu rzeczy – to w ogóle nie istnieje. Są BLISCY, są osoby GODNE zaufania, ok. Ale nic poza tym. Ludzie wymyślili sobie przyjaciół, żeby mieć nad czym płakać, jak przyjaciel da dupy. Przecież oni to tylko zwykli ludzie, są kłamliwi i słabi jak wszyscy, a my kładąc na nich słowo “przyjaciel” żądamy nadludzkiej wierności i szczerości, której uzyskanie jest po prostu w realnym świecie niemożliwe. To masochizm. Równie dobrze gwiazda mogłaby nazwać paparazzi swoim przyjacielem i poprosić o zrobienie jej nago zdjęcia, ale nie publikowanie go w gazecie, żeby następnego dnia móc sobie popłakać nad okładką brukowca, że została zdradzona. To wszystko to iluzja.





Music is my boyfriend

28 10 2009

Bez Niej nic nie byłoby pełne. Każdemu uczuciu brakowałoby szczerości, każdej chwili nastroju, każdemu miejscu uroku. Bez Niej życie straciłoby swój smak, swój sens, swoją istotę. Jest najważniejsza.

Kocham stać za sceną w ogóle nie czując tremy, aż do momentu kiedy ktoś powie mi, że mam wyjść. Uwielbiam ciężar mikrofonu w dłoni, bo dzięki niemu stoję na ziemi pewniej. Lubię kiedy nie umiem opanować własnego ciała, które trzęsie się, jakby samodzielnie myśląc – jakby się bało, że stanie mu się krzywda. Wspaniałe jest to, że schodzę ze sceny wmawiając sobie, że byłam do niczego, pamiętając każde nieczyste drżenie głosu i karcąc się za nie w myślach, bo gdy później raz po raz ktoś podchodzi do mnie z uśmiechem i chwali mnie – sprawia mi to po stokroć większą radość, niż gdybym uważała się za gwiazdę. Lubię nawet fakt, że nie jestem najlepsza, bo gdy zdarzy się, że ktoś opisze mój występ jako “najlepszy ze wszystkich”, zaczynam bardziej wierzyć w siebie.

Lubię stać na scenie i patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy tak mnie przerażają. Lubię obserwować reakcje widoczne na ich twarzach. Lubię, gdy z głośników dobiegają pierwsze dźwięki mojej piosenki i kiedy boję się, czy kiedy zacznę mój głos będzie mi posłuszny i czy nic nie zawalę. Uwielbiam tam być, mieć to, co mam, bo wtedy wiem, że jestem na swoim miejscu. Gdyby ktoś zapytałby mnie czy jest jakaś rzecz na świecie, bez której na pewno bym umarła – nie mam wątpliwości co do tego, że odpowiedziałabym:

MUZYKA.

Mogłabym stracić wszystko, tylko nie słuch i głos. Czym byłaby dwudziestominutowa podróż autobusem bez Niej, zagłuszającej gwar rozpoczynającego się dnia? Czy byłaby jakakolwiek podróż bez Muzyki? Potrzebuję soundtracku do życia. Każda ważna chwila, powinna zostać podparta dźwiękiem. W każdym wspomnieniu powinny przewijać się nuty. One wzmacniają pamięć. Mijają lata, niektóre zdarzenia po prostu zacierają się w biegu dnia, w milionach minionych chwil, ale czasami wystarczy kilka dźwięków, krótka melodia, żeby wszystko wróciło z najdrobniejszymi szczegółami. Okoliczności, uczucia, słowa, miejsca, nastrój.

Czym byłby ten nudny świat, gdyby nikt nie pokolorował go dźwiękami?





Lifeache

28 09 2009

Mój syndrom Mesjasza wreszcie znajduje ujście.

Moja patologiczna chęć ratowania całego świata przez ostatnich parę lat krzyczy do mnie, próbując mi uświadomić, że moje starania idą na nic i równie dobrze mogłabym spać, a skutek moich potencjalnie pomocnych działań byłby taki sam: żaden. Ale ja z jakiś, możliwe, że masochistycznych powodów nadal staram się pomóc, jeśli tylko mam okazję.

Dochodzi do takiego momentu, kiedy myślisz “spróbuję ostatni raz, potem to pieprzę”. Ostatni raz próbujesz w sumie około stu razy. Licząc, że każdy ostatni, będzie w końcu tym udanym. Bo jak można przestać zdrapywać zdrapki z loterii pieniężnej, jeśli nie masz stuprocentowej pewności, że za kolejną znów nic nie wygrasz? Lepiej stracić jeszcze trochę czasu i zdrapać następną, aby przekonać się, że to na nic, niż oddać ją koleżance i zobaczyć jak spod zdrapanego materiału wyłania się kwota dwóch milionów. A więc nie warto oddawać zdrapki, nie warto być konsekwentnym w próbowaniu “ostatni raz”. Nic nie równa się z chwilą, w której Twój setny ostatni raz, okazuje się być właśnie tym, w którym wygrywasz dwa miliony. Po raz kolejny robisz i mówisz to samo, ale lekkie zadrganie głosu sprawia, że akurat TYM RAZEM Twoje słowa mają znaczenie. I chociaż miałeś już nie próbować, wreszcie udało się uratować kawałek świata.I taki jeden raz wystarczy, żeby chciało Ci się przetrwać kolejnych sto nieudanych ostatnich razów.

Każdy z nas jest coś wart. Chociaż jest to pojecie względne, bo każdy widzi w nas inną wartość, jeszcze inną my sami. Z tą różnicą, że jeśli TY wiesz, że jesteś wart wiele, to ktoś może wpłynąć na Ciebie tak, że w to zwątpisz. Więc grunt, to wierzyć, nawet jeśli ktoś próbuje Ci wmówić, że jest inaczej. Siła polega nie na tym, żeby ze wszystkim radzić sobie samemu i udawać, że jest dobrze, ale na tym, żeby przyznać się do słabości i złapać dłoń tego, kto ją do Ciebie wyciąga, bo ma WIĘCEJ sił niż Ty.

..więc do dzieła, idziemy zmienić jeden, mały świat. Chociaż  czeka nas TYLE trudu i dwa razy tyle poświęceń, będziemy znów sto razy próbować ostatni raz, bo mimo wszystko wiemy, że warto.





Supergirl

24 09 2009

Z papierosem w ręku, (choć to pewnie zły pomysł, bo albo popiół spadnie mi na klawiaturę, albo prześmierdnie mi pokój), rozpaczam nad brakiem tuszu w drukarce. Ale poza tym jest super. Jestem w domu sama, mogę zrobić co chcę, wreszcie mogę odpocząć i być SAMA. Choć wolałabym, żebyś TY tu był, ale widać nie można mieć wszystkiego. Mogłabym teraz się upić jak świnia nalewką ojca, mogłabym chodzić nago po domu, mogłabym włączyć muzykę najgłośniej jak się da [jest], mogłabym cokolwiek. Czyli generalnie MOGĘ ODPOCZĄĆ, mogę odetchnąć od narzekań matki, od dźwięku meczu na dole, od wymagań, od robienia tego, na co nie mam ochoty.

Wydaje mi się, że mam jakiś pomysł, chociaż jeszcze nie wiem jaki. Coś mnie nastraja, o tak, znowu przyszło do mnie coś, co nie ma szans się pojawić w tej głupiej codzienności, która za bardzo przepchana jest niepotrzebnymi sprawami, traceniem czasu i zbędnym wypowiadaniem słów.

Od trzech miesięcy, no, prawie trzech, jest dobrze. Prawie trzy miesiące, a ja chcę Ciebie więcej i więcej i ciągle mam Cię za mało. To nie w moim stylu, nie tak zawsze było, więc nie do końca wiem co się dzieje. Zrobiłeś ze mną coś, co wcześniej nikomu się nie udało. Może to dlatego, że jesteś inny, NA PRAWDĘ inny, niż wszyscy. Może dlatego, że tak skutecznie utrudniasz mi bycie zmierzłą. Może dlatego, że tak okropnie mnie wkurzasz, kiedy jesteś wredny, a może dlatego, że niechcący się w Tobie zakochałam i gdyby przyszło mi teraz to wszystko odkręcić, szczerze wątpię, czy byłabym w stanie. Nie chcę zasypiać bez Ciebie, nie chcę się bez Ciebie budzić, bo to nie to samo. Najlepiej zasypia się, kiedy jesteś obok i nic nie równa się z tym, że kiedy się budzę pierwszym, co widzę, jesteś Ty. Ciągle jest mi Cię za mało. Chcę więcej.

Czasami myślę jakby to było, gdybyś jednak się rozmyślił i powiedział mi, że już nie chcesz. Próbuję sobie wyobrazić taką sytuację, to, co zrobiłabym w takim wypadku i.. nic nie przychodzi mi do głowy. Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, że mogłabym Cię nie mieć, że mogłoby być inaczej. Przez ten krótki czas tak bardzo przywykłam do tego, że jesteś, że chyba już nie umiałabym bez Ciebie. Więc póki możesz, jeśli mógłbyś to dla mnie zrobić – bądź. Bądź proszę bardzo blisko.





From the end to the beginnin’

9 09 2009

Jeden z lepszych dni w twoim życiu okazuje się nim być dopiero, kiedy się skończy. Więc warto mieć szeroko otwarte oczy nawet, jeśli już same się zamykają, a ramiona szeroko, nawet jeśli ręce opadają z braku sił.

Budzisz się, śpieszysz, gdzieś biegniesz, właściwie nie wiesz po co, nie rozumiesz sensu, ani celu, jednak robisz to każdego dnia, już od tak wielu lat, bo tak trzeba, tak po prostu jest. Ale pewnego dnia budzisz się, nie spodziewając się, że coś się zmieni. Gdzieś pędzisz, nie spodziewając się spotkania. Znów nad czymś myślisz, nie spodziewając się spełnienia marzenia, o którym nawet nie miałeś pojęcia.

Chociaż jeszcze nie tak dawno, cały świat stał na głowie, a wszystko było zupełnie na odwrót, niż być powinno i niż było dotąd, to teraz nagle dochodzi do olśnienia. OWSZEM jest zupełnie tak samo, ale parę tych małych, denerwujących dziur zostało zapełnionych. A to taka ulga, bo przecież odkąd się pojawiły, wiał przez nie tak totalnie zimny wiatr.

Jesteś Ty, chociaż w nigdy w życiu bym się nie spodziewała. I jest inaczej niż kiedykolwiek, nie rozumiem tego co się dzieje, bo wcześniej mnie to nie spotkało, to jest tak, tak jak powinno być.

I jest też nowy członek rodziny, choć wcale nie jest nowym. Choć przez siedemnaście lat nie miałam pojęcia o jego istnieniu, choć nawet nie powinien konkretnie mi być tak bardzo bliski, chociaż mogłam nigdy się o nim nie dowiedzieć, to teraz jest. Tak, teraz jesteś P. i będziesz z nami, czy to się komukolwiek podoba czy nie i obiecuję Ci, że zapomnisz o tych wszystkich latach, kiedy mogłeś odczuwać żal i brak, zapomnisz, bo już nigdy, ani przez chwilę nie pomyślisz, że Twoja przeszłość bez nas była czymś realnym. To był tylko zły sen! Obiecuję.





Run run run

3 09 2009

Notatka z kategorii bez kategorii.

Mamy cudowny wrześniowy wieczór, gdyby nie to, że jest ciemno jak w dupie i leje jak z cebra, pewnie świeciłoby słońce. Mamy cudowny trzeci września, od cudownych trzech dni chodzimy do szkoły, w której jest cudownie duszno i roi się od cudownych [fuj!!] pierwszaków, które na prawdę kocham, bo na prawdę, na prawdę są cudowne!

Więc wstaję rano i patrzę, zaspałam. Ale cóż z tego, ja mam czas, więc spokojnie. Zeszłam zrobić sobie śniadanie, słońce waliło mi po oczach wpadając przez okno i odbijając się od noża z zaciekami, bo zmywarka nie domywa i krzycząc “JA SE ŚWIECE A TY DO SZKOŁY FRAJERZE!!”. I tak oto smarowałam piętnastą kromkę chleba masłem, bowiem w szkole człowiek bywa głodny, a lekcje są długie i męczące, więc cóż innego na nich robić, jak nie jeść? No właśnie. Wyszłam z domu minutę po chwili, w której autobus odjeżdżał z przystanku, na który dotarłam dokładnie 4 minuty po odjeździe autobusu. I myślę – fuj, słońce. I stałam tak machając łapą i szczerząc japę do kierowców licząc, że choć jeden się zlituje – tak też się stało.

Idę, idę, idę, idę, mp trójka, życie jest piękne, idę, idę, szkoła. Ach Tischner. Całe dwa długie, okropne miesiące zabawy, imprez i cudownie okropnie spędzonego czasu i ta tęsknota, ta OGROMNA TĘSKNOTA za cudowną szkołą. Po upływie niezapomnianych 7 godzin wyszłam ze niej bez śladu tlenu w płucach i mózgu w głowie, na palące końcowoletnie słońce, by udać się w magiczne miejsce zwane przez żuli barem, a przez nas opoką pokoju, w którym to można uzupełnić poziom wietrzejącego już powoli alkoholu we krwi i odzyskać równowagę psychiczną po brutalnym, siedmiogodzinnym ataku tak zwanej WIEDZY. I choć pękała mi głowa, a kręgosłup wychodził bokiem, bo torby szkolne są bardzo lekkie, było pięknie i nie zepsuł mi humoru uroczy pan z najkrzywszym pyskiem świata, który udawał plejboja i myślał, że jak ubrudzi sobie wary białym lodem-rożkiem, to będzie pociągający. A później kupiłam sobie w Żabce lizaka serduszko, który niestety rozwalił się jak tylko odwinęłam go z papierka, bo warto pamiętać że w Żabce świeżo i najlepiej. Ale nie płakałam.

..wyrwana z półsnu pomyślałam – to jest ta chwila! i poszłam na Rój, pospacerować z mężczyzną mojego życia w świetle zachodzącego słońca. Niestety zamiast zachodzącego słońca przylazła za mną wschodząca burza, która zatrzęsła okolicą niczym wstrząs sejsmiczny odczuwalny jednak jedynie w naszych wrażliwych wnętrzach. Mrożące krew w żyłach, długie minuty mijały, gdy siedzieliśmy na przystanku walcząc o przetrwanie i unikając morderczych kropel. No i udało mi się być prawie suchą i cieszyłam się, że tylko tyle, wszak kobieta istotą słodką, a wiadomo, że cukier z wodą szans nie ma. Lecz nagle mój chłopak wypchnął mnie na deszcz. Chyba mnie nie kocha. Walczyłam. Po dziesięciu sekundach udało mi się wrócić do kryjówki. I w sumie nadal byłam prawie wcale nie mokra, i nadal cieszyłam się, że tylko tyle, a nie bardziej, wszak kobieta istota słodka, a wiadomo, że cukier z wodą szans nie ma. Wtem nadjechał autobus i pomyślałam, że tam, w rodzinnych stronach, trzy kilometry dalej, czeka mnie lepsza rzeczywistość, lecz gdy nadeszła pora wysiadki i otwarły się magiczne drzwi, a ja pokonałam 3 magiczne schodki, zdałam sobie sprawę, że równie dobrze mogłabym wejść w tych ubraniach do wanny, bo różnicy nie ma. I szłam tak do domu z wodą cieknącą przez czoło na nos, z którego kapała mi w dekolt, zastanawiając się ile mnie jeszcze zostało, wszak kobieta istotą słodką, a wiadomo, że cukier z wodą szans nie ma.

A potem, jak tusz wymieszany z deszczem zaczął wpływać mi do oczu i ograniczać zdolność widzenia, pomyślałam, że pieprzyć cukier, pieprzyć pierwszaków, pieprzyć Tischnera i w ogóle wszystko, bo przecież i tak lepiej być nie może. I doszłam do domu z ogromnie mokrą, ucieszoną, rozmazaną mokrą twarzą.





Red head

18 08 2009

Po raz kolejny mówię “coś się zmienia”. A właściwie już się zmieniło. Jest jakoś tak… właściwie trudno mi powiedzieć JAK. Oczywiście, jest dobrze, tylko nie potrafię tego dokładnie sprecyzować. Jestem w takim jakby zawieszeniu. Być może dlatego, że to czego doświadczam, jest dla mnie nowością. Jest nowością nie dlatego, że wcześniej nie miałam o tym pojęcia, tylko dlatego, że dopiero teraz zaczynam pojmować sens. To zaskakujące, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Nie wiem, bo nie dojrzałam jeszcze na tyle, by zechciały odkryć przede mną swoją istotę, żeby dały mi się zrozumieć. Wydaje nam się, że wiemy wszystko, że pozjadaliśmy wszelkie rozumy, przez co tylko ograniczamy swoje możliwości poznania nowych tajemnic.

Choć wszystko wokół pozostaje niezmienne, w środku wiele się pozmieniało. Pozory mylą. I to, że może wydawać się, że wszystko jest takie samo, to tylko złudzenie. Ale to chyba tego właśnie chciałam. Żeby było inaczej – lepiej, a jednak nadal tak samo. To wydaje się nierealne. Jak coś może się zmienić, jednocześnie pozostając w poprzednim stanie? A jednak. Tak, coś się zmieniło. I właściwie nie boję się już tego, co może być jutro, bo doszło do mnie dzisiaj, że zmiany są normalne. NORMALNE zmiany, są jak najbardziej okej. Trzeba tylko się do nich przyzwyczaić. Mimo, że teraz jeszcze nie do końca to wszystko rozumiem, za jakiś czas przywyknę i wszystko będzie na swoim miejscu. Tak przecież powinno być.

W czwartek zobaczę na żywo moich Killersów. Niewiarygodne.





dear sister

5 08 2009

Wiesz, że w wielkich miastach miłość nie istnieje? W Nowym Jorku jest tylko seks i romanse. Kobiety o niskiej samoocenie marzą o księciu z bajki na białym rumaku, natomiast pięknie kobiety sukcesu pozostają niezależne. Bo wiedzą, że stać ich na lepszego, niezależnie od tego jak dobry jest ten, który akurat jej chce.  Powinnaś uwierzyć w to, że jesteś jedną z tych kobiet. Powinnaś też wiedzieć, że żaden nie jest na tyle dobry,  by być wartym takiej jak Ty. A już na pewno żaden nie jest wart tego, żeby piękna kobieta sukcesu zamieniała się w niewyraźny cień. Mężczyzna może być dodatkiem, który cieszy, jak ładna biżuteria. Ale to, czy czujesz się wspaniała, nie zależy od tego jak drogi jest Twój wisiorek. Nawet nie mając na sobie zupełnie żadnego dodatku, powinnaś czuć, że błyszczysz najjaśniej na sali. Bo masz klasę, urok i to COŚ, dzięki czemu niepotrzebne Ci są tandetne dowody na Twoją wielką wartość.

Sama nadajesz rytm muzyce w swoim świecie. Sama nadajesz wszystkiemu tempo. To, że on coś zmienił, że teraz pozostała pustka, to tylko złudzenie. Wystarczy, żebyś resztkami sił wyciągnęła przed siebie ręce i zniszczyła ten nieprawdziwy obraz. On tak przytłacza, sprawia ból, że nie warto dłużej go zatrzymywać. Skoro ktoś naruszył amplitudę drgań Twoich strun, to weź się do roboty, wyrównaj to, bo nikt nie ma prawa do wzbudzania w Tobie rewolucji. Zamknij drzwi na dziesięć spustów, otwórz okno, żeby próżnię wypełnić powietrzem i ucieknij od wspomnień, które choć gonią Cię szybko, nie są na tyle dobre, żeby Cię złapać. Na mecie będziesz mogła roześmiać się im w twarz. I jemu.

Do J., lat 33

p.s. w domu chyba ulatnia mi się gaz, bo czuję jakąś dziwną ‘atmosferę’. no, albo mam kaca.