Notatka z kategorii bez kategorii.
Mamy cudowny wrześniowy wieczór, gdyby nie to, że jest ciemno jak w dupie i leje jak z cebra, pewnie świeciłoby słońce. Mamy cudowny trzeci września, od cudownych trzech dni chodzimy do szkoły, w której jest cudownie duszno i roi się od cudownych [fuj!!] pierwszaków, które na prawdę kocham, bo na prawdę, na prawdę są cudowne!
Więc wstaję rano i patrzę, zaspałam. Ale cóż z tego, ja mam czas, więc spokojnie. Zeszłam zrobić sobie śniadanie, słońce waliło mi po oczach wpadając przez okno i odbijając się od noża z zaciekami, bo zmywarka nie domywa i krzycząc “JA SE ŚWIECE A TY DO SZKOŁY FRAJERZE!!”. I tak oto smarowałam piętnastą kromkę chleba masłem, bowiem w szkole człowiek bywa głodny, a lekcje są długie i męczące, więc cóż innego na nich robić, jak nie jeść? No właśnie. Wyszłam z domu minutę po chwili, w której autobus odjeżdżał z przystanku, na który dotarłam dokładnie 4 minuty po odjeździe autobusu. I myślę – fuj, słońce. I stałam tak machając łapą i szczerząc japę do kierowców licząc, że choć jeden się zlituje – tak też się stało.
Idę, idę, idę, idę, mp trójka, życie jest piękne, idę, idę, szkoła. Ach Tischner. Całe dwa długie, okropne miesiące zabawy, imprez i cudownie okropnie spędzonego czasu i ta tęsknota, ta OGROMNA TĘSKNOTA za cudowną szkołą. Po upływie niezapomnianych 7 godzin wyszłam ze niej bez śladu tlenu w płucach i mózgu w głowie, na palące końcowoletnie słońce, by udać się w magiczne miejsce zwane przez żuli barem, a przez nas opoką pokoju, w którym to można uzupełnić poziom wietrzejącego już powoli alkoholu we krwi i odzyskać równowagę psychiczną po brutalnym, siedmiogodzinnym ataku tak zwanej WIEDZY. I choć pękała mi głowa, a kręgosłup wychodził bokiem, bo torby szkolne są bardzo lekkie, było pięknie i nie zepsuł mi humoru uroczy pan z najkrzywszym pyskiem świata, który udawał plejboja i myślał, że jak ubrudzi sobie wary białym lodem-rożkiem, to będzie pociągający. A później kupiłam sobie w Żabce lizaka serduszko, który niestety rozwalił się jak tylko odwinęłam go z papierka, bo warto pamiętać że w Żabce świeżo i najlepiej. Ale nie płakałam.
..wyrwana z półsnu pomyślałam – to jest ta chwila! i poszłam na Rój, pospacerować z mężczyzną mojego życia w świetle zachodzącego słońca. Niestety zamiast zachodzącego słońca przylazła za mną wschodząca burza, która zatrzęsła okolicą niczym wstrząs sejsmiczny odczuwalny jednak jedynie w naszych wrażliwych wnętrzach. Mrożące krew w żyłach, długie minuty mijały, gdy siedzieliśmy na przystanku walcząc o przetrwanie i unikając morderczych kropel. No i udało mi się być prawie suchą i cieszyłam się, że tylko tyle, wszak kobieta istotą słodką, a wiadomo, że cukier z wodą szans nie ma. Lecz nagle mój chłopak wypchnął mnie na deszcz. Chyba mnie nie kocha. Walczyłam. Po dziesięciu sekundach udało mi się wrócić do kryjówki. I w sumie nadal byłam prawie wcale nie mokra, i nadal cieszyłam się, że tylko tyle, a nie bardziej, wszak kobieta istota słodka, a wiadomo, że cukier z wodą szans nie ma. Wtem nadjechał autobus i pomyślałam, że tam, w rodzinnych stronach, trzy kilometry dalej, czeka mnie lepsza rzeczywistość, lecz gdy nadeszła pora wysiadki i otwarły się magiczne drzwi, a ja pokonałam 3 magiczne schodki, zdałam sobie sprawę, że równie dobrze mogłabym wejść w tych ubraniach do wanny, bo różnicy nie ma. I szłam tak do domu z wodą cieknącą przez czoło na nos, z którego kapała mi w dekolt, zastanawiając się ile mnie jeszcze zostało, wszak kobieta istotą słodką, a wiadomo, że cukier z wodą szans nie ma.
A potem, jak tusz wymieszany z deszczem zaczął wpływać mi do oczu i ograniczać zdolność widzenia, pomyślałam, że pieprzyć cukier, pieprzyć pierwszaków, pieprzyć Tischnera i w ogóle wszystko, bo przecież i tak lepiej być nie może. I doszłam do domu z ogromnie mokrą, ucieszoną, rozmazaną mokrą twarzą.